środa, 18 maja 2016

Tak bardzo kocham życie! A wiosną na Capri cały świat do mnie się śmiał!

Kiedy myślałam, że po prostu ciężko przechodzę grypę, a w rezultacie dostałam kartkę z wynikiem badania usg tarczycy: prawy płat zajęty przez duży niejednorodny lity guz 4 cm x 2,5 cm, zaś lewy przez kilka guzów o średnicy ok 0,8 cm, mój mały uporządkowany świat w jednej chwili rozleciał się jak domek z kart. Najgorsza jest niepewność i czekanie na wizytę u specjalisty celem ustalenia charakteru guza. I strach, który przejmuje kontrolę nad umysłem i ciałem sprawiając, że nie miałam chęci ani siły, by podnieść się z łóżka następnego dnia, ubrać i pójść do pracy, choć na początku zgrywałam bohatera, że jakby co, to będę walczyć i się nie poddam.
Dziś za oknem szaleje zima Zośka, która zsyłając listopadową pogodę zachęca jedynie do zakopania się pod miękkim kocem z ulubionym kubkiem pełnym gorącej herbaty w ręku. Wspomnieniami wracam do ubiegłorocznej włoskiej majówki, w czasie której spędziłam kilka godzin na słynnej wyspie Capri. Pięknej Capri wśród kwiatów i słońca, o której śpiewał Mieczysław Fogg. Od razu robi mi się cieplej na sercu i duszy. Nie będę ukrywać, że wizyta na wyspie od dawna znajdowała się na mojej liście marzeń i zdając sobie sprawę, że to może być pierwsza i ostatnia taka możliwość, modliłam się o słoneczną pogodę. Bo tylko w słońcu boskie Morze Tyrreńskie ukaże swój niesamowity szmaragdowy kolor. Pogoda dopisała, więc wystartowaliśmy promem z Sorrento o godzinie 7:45 (od razu mi przychodzi na myśl film Wesele w Sorrento!). Rejs trwa około 30 minut, ale to i tak nie przeszkadza mi w krótkiej drzemce.
Mając do dyspozycji jedynie kilka godzin, postanawiam spędzić ten czas lajtowo, nigdzie się nie spiesząc. Ile zobaczę tyle zobaczę. Na początek rejs z portu Marina Grande wokół wyspy do skał Faraglioni.

Po drodze macham Januarkowi, figurce chłopca, który radośnie wita wszystkich przypływających na Capri

Podpływamy pod wejścia do grot z ciekawymi skalnymi formacjami. I ten cudowny kolor wody!

I na koniec skały Faraglioni. Formacje skalne wypiętrzające się z Morza Tyrreńskiego, smagane nieustannie jego falami i wiatrem. Największą uwagę przykuwa ta środkowa zwana Faraglione di mezzo. Posiada bramę, przez którą przepływają wycieczkowe stateczki.

Po powrocie do Marina Grande, kolejką a'la Gubałówka wjeżdżamy do miasteczka Capri. Bilet 1,80 Euro w jedną stronę. Spacerujemy z mamą wąskimi uliczkami. Powiem jedno: wszędzie bardzo drogo. Sklepy z ubraniami znanych projektantów, ekskluzywne restauracje z przystawkami za 30 Euro. Nic na moją kieszeń. Może oprócz pysznej cytrynowej granity, której nie umiem sobie odmówić. Jest jeszcze jedna pyszność, którą należy spróbować na Capri. To migdałowe ciasteczka z Gelaterii Buonacore. Cena 25 Euro za kilogram. Próbujemy Caprilu Limone i Pistacchini (wychodzi 1 Euro za sztukę). Po prostu niebo w gębie!

Po słodkiej przekąsce udajemy się do Ogrodów Augusta. Może początek maja to jeszcze nie pełnia sezonu na wszystkie gatunki kwiatów, ale i tak jest bardzo kolorowo. Jednak to co najbardziej zachwyca w Ogrodach Augusta to roztaczające się z nich widoki. Ta piesza ścieżka na poniższych zdjęciach to Via Krupp, która łączy Capri z Marina Piccola. I co się okazało? A to, że zawsze mam to cholerne szczęście, że coś jest zamknięte, nieczynne albo w remoncie. Tak, tak, Via Krupp była zamknięta. Podobno ze względów bezpieczeństwa - spadające odłamki skalne. Nie pozostało nic innego jak cieszyć oko pięknymi widokami. Można stąd podziwiać skały Faraglioni. Dowiedziałam się, że żyje na nich pewien gatunek niebieskiej jaszczurki. Szkoda, że żadnej nie udało mi się zobaczyć.

Postanawiamy zjechać kolejką z powrotem do Marina Grande i stamtąd skierować kroki na znajdującą się nieopodal małą, kamienistą plażę. Nie byłabym sobą, gdybym niesiona chęcią sprawdzenia temperatury wody nie zmoczyła totalnie szmacianych trampek, które miałam na nogach. Oczywiście innych butów na zmianę w plecaku nie miałam, więc nie było innego wyjścia jak usiąść na kamyczkach i czekać cierpliwe aż podeschną. Nie ma tego złego, bo miło sobie tak posiedzieć w ciszy, popatrzeć na lazurową wodę i przepływające statki.

Na zakończenie znalazłyśmy w samej Marina Grande sympatyczną knajpkę, która nie wydrenowała całkowicie mojej kieszeni. Mama zdecydowała się na kalmary, a ja na bruschette gigant, bo dla mnie we Włoszech, dzień bez bruschetty, takiej pysznej, z dużą ilością oliwki, jest dniem straconym. Tutaj nawet najprostsza przekąska smakuje tak jakoś inaczej.

Wszystkie moje guzy na tarczycy, w tym to wielkie jajko, okazały się łagodnymi torbielami (same się wchłonęły), a grypa, którą niby przechodziłam podostrym zapaleniem tarczycy. Płakałam w gabinecie endokrynologa jak dziecko. Chciałam krzyczeć jak bardzo życie kocham, chociaż nie raz, nie dwa narzekałam na jakieś głupie bzdury. Kocham świat, przyrodę, mam tyle marzeń, chcę je spełnić, po prostu chcę żyć, czerpać z życia pełnymi garściami, chcę kochać i być kochaną. Mam cudownych rodziców i wspaniałych przyjaciół, którzy dodawali mi otuchy w tych trudnych dniach niepewności. Dziękuję za wsparcie i modlitwę. Świętej pamięci ks. Jan Kaczkowski powiedział, że trzeba przestać ciągle narzekać i zacząć natychmiast żyć. Bo jest później niż się nam wydaje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szanowny Internauto. Cieszę się, że zajrzałeś na mojego skromnego bloga. Jeśli masz ochotę zostaw po sobie ślad w postaci kulturalnego komentarza (te zawierające wulgaryzmy i inne obraźliwe epitety będą usuwane). Życzę miłego dnia!